Arthur C. Clarke        Lato na Ikarze

   Kiedy Colin Sherrard ockn�� si� po katastrofie, nie potrafi� uprzytomni� sobie, gdzie si� znajduje. Zdawa�o mu si�, �e le�y, uwi�ziony w jakim� wehikule, na wierzcho�ku zaokr�glonej u szczytu g�ry o zboczach stromo opadaj�cych we wszystkich kierunkach. Powierzchnia jej by�a pop�kana i poczernia�a, jakby przeszed� t�dy gigantyczny po�ar. W g�rze czerni�o si� zat�oczone gwiazdami niebo. Jedna z nich, l�ni�ca niczym miniaturowe s�o�ce, zwiesza�a si� nisko nad horyzontem.

   Czy�by to rzeczywi�cie by�o S�o�ce? Czy�by by� a� tak daleko od Ziemi? Nie - wykluczone. Jakie� mgliste wspomnienie natr�tnie podpowiada�o mu, �e S�o�ce jest bardzo blisko - koszmarnie blisko - w ka�dym razie nie na tyle daleko, by skurczy�o si� do rozmiaru gwiazdki. Wraz z t� my�l� w pe�ni odzyska� �wiadomo��. Teraz ju� doskonale wiedzia�, gdzie jest, i wiedza ta porazi�a go tak, �e nieomal znowu straci� przytomno��.

   Znajdowa� si� bli�ej S�o�ca, ni� ktokolwiek przed nim. Jego rozbity kosmopod nie le�a� na �adnym wzg�rzu, lecz na stromym �uku powierzchni �wiata, kt�rego �rednica nie przekracza�a dw�ch mil. Ta promienna gwiazdka, nieub�aganie ton�ca na zachodzie, to przecie� Prometeusz, statek, kt�ry przyni�s� go tu przez ca�e miliony mil przestrzeni. Prometeusz tkwi� teraz zawieszony po�r�d gwiazd, dziwi�c si�, czemu jego kosmopod nie powraca jak pocztowy go��b do swego go��bnika. Za kilka minut zniknie mu z oczu, zapad�szy si� pod horyzont w swej nigdy nie ko�cz�cej si� zabawie w chowanego ze S�o�cem.

   Dla Sherrarda wynik gry ze S�o�cem by� ju� przes�dzony. Wci�� jeszcze kry� si� po nocnej stronie asteroidu, bezpiecznie otulony ch�odem cienia, ale kr�tka noc rych�o si� sko�czy. Rozp�dzona karuzela czterogodzinnego dnia Ikara zaniesie go niebawem na spotkanie z potwornym �witem, kiedy S�o�ce, trzydziestokrotnie wi�ksze ni� to, kt�re dane by�o mu ogl�da� z Ziemi, zaleje ogniem t� kamienn� pustyni�. Sherrard wiedzia� ju� nazbyt dobrze, dlaczego wszystko, co go otacza�o, jest spalone i poczernia�e. Wprawdzie od peryhelium dzieli� Ikara jeszcze tydzie�, ale temperatura w po�udnie osi�ga�a ju� tysi�c stopni Fahrenheita.

   Cho� czas nie nastraja� do �art�w, przypomnia�y mu si� dok�adnie s�owa, kt�rymi kapitan McClellan opisa� Ikara: "Najgor�tsza parcela w uk�adzie s�onecznym". Trafno�� tego �artobliwego os�du zosta�a udowodniona przed zaledwie kilkoma dniami za pomoc� prostego i wcale nie naukowego do�wiadczenia, o ile� jednak bardziej przekonuj�cego ni� setki wykres�w i pomiar�w.

   Przed samym �witem kto� wbi� drewniany palik na wierzcho�ku jednego z ma�ych wzniesie�. Sherrard obserwowa�, bezpiecznie ukryty po nocnej stronie, jak pierwsze promienie s�oneczne muskaj� szczyt. Kiedy ju� oczy zd��y�y si� oswoi� z raptown� detonacj� �wiat�a, zobaczy�, �e drewno czernieje i zw�gla si�. Gdyby Ikar otoczony by� atmosfer�, palik stan��by w p�omieniach; tak wygl�da� �wit na Ikarze...

   Jednak upa� nie by� a� tak niezno�ny podczas ich pierwszego l�dowania, kiedy przed pi�cioma tygodniami przekraczali orbit� Wenus. Prometeusz zostawi� asteroid za sob� w pocz�tkowej fazie swego porywu na S�o�ce, po czym dostosowa� pr�dko�� do tego malutkiego �wiata, by wreszcie mi�kko osi��� na jego powierzchni jak p�atek �niegu. (P�atek �niegu na Ikarze - to dopiero wspania�y dowcip...) Naukowcy zaraz rozpocz�li penetracj� pi�tnastu mil kwadratowych zje�onych niklo-�elaznymi ska�ami, ustawiaj�c swoje instrumenty i punkty kontrolne, zbieraj�c pr�bki i czyni�c niezliczone obserwacje.

   Wypraw� poprzedzi�y lata drobiazgowych przygotowa� w ramach mi�dzynarodowej Dekady Astrofizycznej. Oto bowiem pojawi�a si� unikalna szansa, by statek badawczy zbli�y� si� na bagateln� odleg�o�� siedemnastu milion�w mil do S�o�ca, kryj�c si� przed jego �lep� furi� za dwumilowej grubo�ci tarcz� ska�y i �elaza. W cieniu Ikara statek m�g� bezpiecznie kr��y� wok� centralnego ogniska, kt�re ogrzewa�o wszystkie planety i od kt�rego zale�a�o wszelkie �ycie. Tak jak �w mityczny Prometeusz, kt�ry obdarzy� ludzi ogniem, statek nosz�cy jego imi� mia� powr�ci� na Ziemi� z innymi tajemnicami niebios.

   Nie brakowa�o czasu na ustawienie przyrz�d�w i wst�pne badania, nim Prometeusz musia� odlecie� i szuka� sta�ego cienia nocy. Nawet wtedy mo�na by�o pracowa� przesz�o godzin� w zgrabnych kosmopodach z w�asnym nap�dem - miniaturowych statkach kosmicznych, d�ugich zaledwie na dziesi�� st�p - po nocnej stronie asteroidu, pod tym warunkiem jednak, �e na czas ucieka�o si� przed nacieraj�c� lini� wschodu s�o�ca. Nie by� to warunek zbyt wyg�rowany, zw�aszcza w takim �wiecie, gdzie �wit maszerowa� z pr�dko�ci� zaledwie jednej mili na godzin�; ale Sherrard warunku tego nie spe�ni�, a kar� by�a �mier�.

   Wci�� nie by� ca�kiem pewny, co si� w�a�ciwie sta�o. Wymienia� przeka�nik sejsmografu na Stacji I-45, popularnie zwanej Mount Everest, gdy� znajdowa�a si� a� dziewi��dziesi�t st�p ponad otaczaj�cym j� terenem. Robota ca�kiem prosta, mimo �e musia� pos�u�y� si� zdalnie sterowanymi �apami swojego kosmopodu. Sherrard w�ada� nimi po mistrzowsku; umia� wi�za� w�z�y metalowymi palcami niemal tak szybko jak swoimi w�asnymi. Upora� si� z robot� w niespe�na dwadzie�cia minut. Sprawny radiosejsmograf na nowo m�g� rejestrowa� drobne wstrz�sy i dr�enia, kt�re miota�y Ikarem z coraz wi�ksz� cz�stotliwo�ci� w miar� zbli�ania si� asteroidu do S�o�ca. Niezbyt satysfakcjonowa�o Sherrarda to, �e sam teraz szczodrze wzbogaci� �w sejsmograficzny rejestr.

   Po sprawdzeniu sygna��w dok�adnie umocowa� os�ony przeciws�oneczne wok� przyrz�du. A� trudno uwierzy�, �e takie dwa cieniutkie jak bibu�a arkusze polerowanej folii metalowej mog�y powstrzyma� zalew promieniowania, kt�re stopi�oby w mgnieniu oka o��w czy cyn�. A jednak pierwsza os�ona odbija�a przesz�o dziewi��dziesi�t procent padaj�cego na jej lustrzan� powierzchni� �wiat�a s�onecznego, a druga odwraca�a wi�ksz� cz�� reszty, tak �e przez obie dostawa� si� tylko niegro�ny u�amek ciep�a.

   Zameldowa� o zako�czeniu pracy, dosta� potwierdzenie ze statku i zbiera� si� ju� do powrotu. Ostre �wiat�o reflektor�w na Prometeuszu - bez kt�rych nocna strona asteroidu ton�aby w nieprzeniknionych ciemno�ciach - prowadzi�y nieomylnie do celu. Od statku dzieli�y go tylko dwie mile i przy tak s�abej grawitacji pokona�by t� odleg�o�� o w�asnych si�ach, gdyby tylko mia� na sobie zwyk�y kombinezon planetarny z mi�kkimi nogawkami. Tym razem zda� si� na niewielk� moc mikrorakiet swojego kosmopodu, kt�rym za pi�� minut mia� dotrze� na miejsce.

   Wyznaczy� kierunek lotu �yroskopami, nastawi� tylne silniki odrzutowe na dwa i odpali�. Gdzie� w okolicy n�g nast�pi�a pot�na eksplozja, kt�ra wprawdzie odrzuci�a go od Ikara - ale nie w kierunku statku. Jaka� piekielna awaria; rzuci�o go na bok pojazdu, sk�d nie m�g� dosi�gn�� sterownicy. Nap�dzany tylko jednym sprawnym silnikiem, kosmopod konwulsyjnie wirowa� z coraz wi�ksz� pr�dko�ci� w przestworzach. Sherrard stara� si� zlokalizowa� uszkodzenie, ale w tej szale�czej wir�wce ca�kowicie straci� orientacj�. Kiedy wreszcie uda�o mu si� dosta� do sterownicy, tylko pogorszy� spraw� - otworzy� maksymalnie przepustnic�, jak przera�ony kierowca, kt�ry naciska na gaz zamiast na hamulec. Wprawdzie w ci�gu zaledwie sekundy naprawi� b��d i zdusi� silnik, ale wirowa� ju� w tak zawrotnym tempie, �e widzia� tylko kr�c�ce si� ob��dnie gwiazdy.

   Wszystko sta�o si� tak szybko, �e nie mia� czasu na strach, a nawet wezwanie pomocy ze statku. Pu�ci� sterownic�; wszelkie pr�by skorygowania lotu mog�y w tej sytuacji wywo�a� odwrotny skutek. Za dwie lub trzy minuty kosmopod powinien odzyska� r�wnowag�, lecz coraz wyra�niejsze zarysy ska� nie obiecywa�y mu nawet tylu sekund. Sherrard przypomnia� sobie rad� z pierwszej strony Poradnika kosmonauty: "Kiedy nie wiesz, co robi�, nie r�b nic". Skrupulatnie zastosowa� si� do tej m�drej wskaz�wki, r�wnie� w chwili gdy run�� na niego Ikar i zgas�y gwiazdy.

   Istny cud, �e kosmopod si� nie roztrzaska�, a Sherrard nie oddycha� jeszcze kosmosem. (Za p� godziny mo�e b�dzie musia� si� tym zadowoli�, kiedy nawali izolacja termiczna...) Naturalnie nie oby�o si� bez uszkodze�. Po lusterkach zewn�trznych, umieszczonych po bokach otaczaj�cej g�ow� kopu�y z przezroczystego plastyku, nie zosta�o ani �ladu, tak �e bez wykr�cania szyi nie widzia�, co si� dzieje z ty�u. Bez lusterek si� obejdzie; znacznie trudniej by�o mu pogodzi� si� z utrat� anten radiowych. Nie m�g� nawi�za� kontaktu ze statkiem, ani statek z nim. Z radia dochodzi�y tylko ledwie s�yszalne trzaski, kt�rych �r�d�em najprawdopodobniej by� sam odbiornik. Zosta� sam, odci�ty od reszty ludzkiego plemienia.

   Sytuacja nie do pozazdroszczenia, ale tli� si� jeszcze jeden blady promyk nadziei. Nie by� przecie� zdany wy��cznie na �ask� losu. Je�li nawet silniki odrzutowe by�y nie do u�ytku domy�li� si�, �e w prawym silniku nast�pi�a eksplozja, kt�ra uszkodzi�a przew�d paliwa, czyli dok�adnie to, co wedle zapewnie� konstruktor�w by�o niemo�liwe - m�g� si� jeszcze porusza�. Pozosta�y mu ramiona.

   Ale dok�d ma si� czo�ga�? Zupe�nie straci� orientacj�, bo co prawda wystartowa� z Mount Everest, ale r�wnie dobrze m�g� si� znajdowa� teraz tysi�ce st�p od stacji. Na tym ma�ym �wiecie nie by�o �adnych znak�w rozpoznawczych; zachodz�ca raptownie gwiazda Prometeusza by�a najlepszym drogowskazem i gdyby uda�o mu si� nie straci� jej z oczu, by�by ocalony. W ci�gu kilku najbli�szych minut koledzy powinni zauwa�y� jego nieobecno��, je�li nie zauwa�yli do tej pory. Ale bez radia poszukiwania mog� potrwa� bardzo d�ugo; mimo swej ma�ej powierzchni Ikar nie sk�pi� skutecznych kryj�wek dla d�ugiego na dziesi�� st�p kosmopodu na pi�tnastu milach kwadratowych tej niesamowicie poszarpanej ziemi niczyjej. Odnajd� go mo�e dopiero za godzin� - co oznacza�o, �e b�dzie zmuszony ucieka� przed pogoni� krwio�erczego wschodu S�o�ca.

   Wsun�� palce do sensor�w steruj�cych mechanicznymi ko�czynami. Na zewn�trz, w otaczaj�cej go zewsz�d wrogiej pr�ni, o�y�y jego sztuczne r�ce. Opad�y, wspar�y si� na �elaznej skorupie asteroidu i unios�y kad�ub ponad powierzchni�. Sherrard przygi�� je nieco w kolanach i wehiku� ruszy� do przodu, niczym jaki� dziwaczny dwuno�ny owad... Najpierw prawa, potem lewa, i znowu prawa...

   Sz�o mu �atwiej, ni� si� spodziewa�, i powoli odzyskiwa� dawn� pewno�� siebie. Wprawdzie mechaniczne r�ce przeznaczone by�y do lekkich rob�t precyzyjnych, ale w tym zdominowanym przez stan niewa�ko�ci otoczeniu minimalna si�a zdo�a�a wprawi� wehiku� w ruch. Si�a grawitacji Ikara by�a dziesi�� tysi�cy razy mniejsza ni� na Ziemi: Sherrard razem z kosmopodem wa�y� tu nieca�� uncj� i gdy ju� wprawi� si� w ruch, p�yn�� przed siebie bez najmniejszego wysi�ku, jak we �nie.

   Ale w�a�nie ta senna �atwo�� mia�a i swoje z�e strony. Przeby� ju� kilkaset jard�w i oto zr�wnywa� si� z zachodz�c� gwiazd� Prometeasza, gdy zbytnia pewno�� siebie pokaza�a swe zdradliwe oblicze. (Dziwne, jak szybko mo�na popa�� z jednej skrajno�ci w drug�; jeszcze kilka minut temu hartowa� ducha na spotkanie ze �mierci� - a teraz zastanawia� si�, czy zd��y na kolacj�.) Mo�e to nowy spos�b poruszania si�, tak odleg�y od jego dotychczasowych do�wiadcze�, przyczyni� si� do katastrofy; a mo�e wci�� odczuwa� skutki powypadkowego szoku.

   Jak wszyscy astronauci, Sherrard nauczy� si� orientacji w przestrzeni i przywyk� do �ycia i pracy w warunkach, gdzie ziemskie poj�cie g�ry i do�u nie maj� sensu. W �wiecie takim jak Ikar musi cz�owiek udawa�, �e "pod" stopami ma pewny grunt prawdziwej planety i �e porusza si� zawsze w p�aszczy�nie poziomej. Je�li tylko te niewinne k�amstewka przestan� dzia�a�, gwarantowany kosmiczny ob��d.

   Atak przyszed� bez ostrze�enia, jak to zwykle bywa. Wystarczy�a chwilka, by pr�no szuka� pod nogami Ikara, a nad g�ow� gwiazd. Wszech�wiat przechyli� si� pod k�tem prostym; Sherrard porusza� si� teraz pionowo, jak alpinista zdobywaj�cy skaln� �cian�, i cho� rozs�dek podpowiada� mu, �e to czysta iluzja, wszystkie zmys�y wrzeszcza�y, �e to prawda. Za chwil� si�a przyci�gania oderwie go od tej pionowej �ciany i b�dzie spada� mila po mili w niesko�czono��, a� wreszcie rozpry�nie si� w niepami��.

   Ale najgorsze dopiero mia�o nadej��; z�udny pion chwia� si� jeszcze jak ig�a kompasu, rozpaczliwie poszukuj�ca zgubionego bieguna. Ju� za chwil� znalaz� si� pod ogromnym skalnym dachem, jak uczepiony sufitu paj�k; nim si� obejrzy, zn�w powr�ci �ciana - ale tym razem b�dzie po niej zje�d�a�, a nie wchodzi�...

   Straci� zupe�ne panowanie nad pojazdem. Zimny pot, kt�ry coraz obficiej zrasza� mu czo�o, ostrzega�, �e wkr�tce straci r�wnie� panowanie nad swoim cia�em. Pozosta�o mu tylko jedno; zacisn�� na si�� powieki, wtuli� si� mocno w ma�y, zamkni�ty �wiat swojej kapsu�y i ca�� si�� woli wmawia� sobie, �e na zewn�trz nie istnieje �aden wszech�wiat. Nie pozwoli� nawet, by przeszkodzi� mu w autohipnozie kr�tkotrwa�y, �agodny szcz�k sygnalizuj�cy drug� z kolei kraks�.

   Gdy wreszcie odwa�y� si� wyjrze� na zewn�trz, zobaczy�, �e kosmopod zatrzyma� si� na pot�nym g�azie. Mechaniczne r�ce zamortyzowa�y wprawdzie si�� uderzenia, ale za cen�, na kt�r� bynajmniej nie by�o go sta�. Mimo �e kapsu�a nic tu praktycznie nie wa�y�a, zachowa�a przecie� swoje pi��set funt�w inercji, a posuwa�a si� chyba z pr�dko�ci� czterech mil na godzin�. P�d okaza� si� ponad wytrzyma�o�� metalowych �ap; jedna p�k�a, a druga wygi�a si� �a�o�nie.

   Pierwsz� reakcj� Sherrarda na ten �a�osny widok nie by�a rozpacz, lecz w�ciek�o��. Ledwie utwierdzi� si� w przekonaniu, �e wyjdzie ca�o z opresji, szybuj�c sobie ponad ja�owym obliczem Ikara, a tu wszystko na nic, i to przez jeden moment fizycznego za�amania! Ale kosmos nie tolerowa� �adnych ludzkich s�abo�ci i uczu�, a cz�owiek, kt�remu to nie odpowiada�o, nie mia� tu czego szuka�.

   Przynajmniej zyska na czasie w pogoni za statkiem; o dziesi�� minut, a mo�e i wi�cej, op�ni� spotkanie ze �witem. Czy te dziesi�� minut przed�u�y tylko agoni�, czy te� da wi�cej zbawiennego czasu jego kolegom na odnalezienie go, mia� si� dowiedzie� niebawem.

   Gdzie byli? Na pewno ju� rozpocz�li poszukiwania! Wyt�y� wzrok w kierunku jasnej gwiazdy Prometeusza z nadziej�, �e dostrze�e bledsze �wiat�a kosmopod�w zmierzaj�cych w jego stron� - ale nic poza statkiem nie by�o wida� na z wolna obracaj�cym si� firmamencie.

   Musia� wi�c raczej liczy� na w�asne si�y, cho� szanse mia� mizerne. Jeszcze tylko kilka minut, a Prometeusz, ton�c pod kraw�dzi� asteroidu, poci�gnie za sob� smugi �wiate� i pogr��y go w mroku. Wprawdzie mrok potrwa o wiele za kr�tko, ale zanim zapadnie, trzeba rozejrze� si� za schronieniem przed nadci�gaj�cym dniem. Ta ska�a, na kt�r� wpad� na przyk�ad...

   Tak, ska�a zapewni mu troch� cienia, przynajmniej do czasu, kiedy S�o�ce znajdzie si� w po�owie drogi po niebie. Nic go nie zbawi, je�eli b�dzie mia� S�o�ce prosto nad g�ow�, ale niewykluczone, �e znalaz� si� na takiej szeroko�ci, gdzie S�o�ce nigdy nie wznosi si� wysoko ponad horyzont w tej porze czterysta dziewi�ciodniowego roku Ikara. Przetrwa�by w�wczas kr�ciutki okres �wiat�a dziennego; by�a to jedyna nadzieja, je�li koledzy nie odnajd� go przed �witem.

   Prometeusz ze swymi �wiat�ami znikn�� ju� za skrajem �wiata. Pozbywszy si� obcej konkurentki, gwiazdy �wieci�y teraz ze zdwojon� jaskrawo�ci�. Najwspanialej z nich wszystkich - tak �licznie, �e na sam widok �zy cisn�y mu si� do oczu - �wieci�a latarnia Ziemi, gdzie si� urodzi�, z towarzysz�cym jej wiernie Ksi�ycem, po kt�rym nieraz st�pa�; czy ujrzy jeszcze kiedy� cho�by jedno z tych bliskich mu miejsc?

   Zdziwi�o go, �e do tej pory nie pomy�la� nawet o �onie i dzieciach, i o wszystkim, co kocha� na �wiecie, kt�ry wydawa� mu si� teraz coraz bardziej odleg�y. Poczu� nag�y wyrzut sumienia, ale zaraz mu przesz�o. Wi�zy uczu� nie os�ab�y przecie� mimo tych stu milion�w mil przestrzeni, kt�re dzieli�y go od rodziny. W tej chwili nie mia�y po prostu �adnego znaczenia. By� teraz prymitywnym, egocentrycznym zwierz�ciem, walcz�cym o w�asne �ycie, a jego jedyn� broni� by�y szare kom�rki. W tym pojedynku serce nie mia�o nic do powiedzenia; by�oby tylko zb�dn� przeszkod�, m�c�c� trze�wo�� umys�u i os�abiaj�c� stanowczo��.

   I wtedy ujrza� co�, co przegna�o precz wszelkie my�li o dalekim domu. Za jego plecami, si�gaj�c wysoko ponad horyzont, rozpo�cieraj�c si� pomi�dzy gwiazdami jak mleczna mg�a, majaczy� blady sto�ek fosforescencji. By� to zwiastun S�o�ca - cudowne, per�owe widmo korony, na Ziemi widoczne jedynie podczas rzadkich chwil ca�kowitego za�mienia S�o�ca. Gdy wschodzi�a korona, S�o�ce nie pozostawa�o ju� daleko w tyle, by wkr�tce rzuci� si� z furi� na t� ma�� krain�.

   Sherrard skwapliwie skorzysta� z ostrze�enia. M�g� teraz w miar� precyzyjnie okre�li� moment wschodu S�o�ca. Pe�zn�c powoli i oci�ale na po�amanych kikutach metalowych r�k, przetoczy� wreszcie kapsu�� na boczn� stron� ska�y, gdzie powinno by� najwi�cej cienia. Ledwie zdo�a� tam dotrze�, gdy S�o�ce rzuci�o si� na niego jak drapie�na bestia i jego male�ki �wiat eksplodowa� �wiat�em.

   Precyzyjnie nastawi� osadzone wewn�trz he�mu filtry przeciws�oneczne, a� wreszcie m�g� znie�� o�lepiaj�cy blask. Wsz�dzie tam, gdzie nie pada� rozleg�y cie� ska�y, by�o to jak wpatrywanie si� w palenisko wielkiego pieca. Ka�dy szczeg� tego ja�owego l�du zosta� teraz bezwstydnie obna�ony w bezlitosnym �wietle; �adnych p�cieni, tylko o�lepiaj�ca biel i nieprzenikniona czer�. Wszelkie szczeliny i wg��bienia by�y ka�u�ami czarnego atramentu, a wszystko, co znajdowa�o si� nieco wy�ej, ju� zdawa�o si� p�on��, ledwie tkni�te promieniami S�o�ca. A przecie� S�o�ce wzesz�o dopiero przed minut�.

   Ju� teraz rozumia�, dlaczego w�ciek�y upa� miliard�w lat spali� Ikara na kosmiczny kawa�ek �u�lu, opiekaj�c ska�y, a� ulotni�y si� ostatnie b�belki gazu. Czy po to cz�owiek pcha si�, pyta� siebie z rozgoryczeniem, w t� gwiezdn� otch�a� ponosz�c takie koszty i ryzyko - by wreszcie wyl�dowa� na wiruj�cej kupie �u�la? Dobrze wiedzia�, �e ludziom przy�wieca� wci�� ten sam cel, co zdobywcom Mount Everestu, biegun�w i innych zakamark�w ziemskich - zaspokojenie tej nami�tno�ci cia�a, kt�rej na imi� przygoda, oraz znacznie trwalszej nami�tno�ci ducha, zw�cej si� odkryciem. Odpowied� ta niewiele doda�a mu otuchy teraz, kiedy mia� w�a�nie piec si� nabity na obracaj�cy si� ro�en Ikara.

   Ju� poczu� na twarzy pierwszy powiew �aru. Ska�a, pod kt�r� si� schroni�, os�ania�a go przed bezpo�rednim uderzeniem S�o�ca, ale blask odbity od p�on�cych g�az�w nie opodal trafia� w niego rykoszetem poprzez przezroczysty plastyk kopu�y. Z ka�d� chwil� S�o�ce b�dzie coraz wy�ej, a �ar coraz bardziej niezno�ny; widzia� ju�, �e pozosta�o mu mniej czasu, ni� pocz�tkowo s�dzi�, i opanowa�o go uczucie dr�twej rezygnacji, kt�re wypar�o l�k. Poczeka spokojnie - je�li wytrzyma - a� S�o�ce zaleje go �arem, a uk�ad ch�odzenia kapsu�y podda si� si� w nier�wnej walce; wtedy przebije �upin� kosmopodu, by nigdy nie nasycona pr�nia jednym haustem wessa�a powietrze.

   Nic, tylko siedzie� i duma� przez te minuty, kt�re mu zosta�y, a� wyschnie do cna ka�u�a cienia. Nie chcia� kierowa� my�lami, pozwoli� im wa��sa� si� gdzie popadnie. Dziwnym zrz�dzeniem losu mia� umrze� teraz tylko dlatego, �e dawno temu, w tysi�c dziewi��set czterdziestym kt�rym� - szmat czasu przed jego narodzeniem - jaki� zapaleniec w Palomar spostrzeg� smu�k� �wiat�a na p�ycie fotograficznej i chyba nie m�g� jej nazwa� trafniej ni� imieniem ch�opca, kt�ry polecia� zbyt blisko S�o�ca.

   Pomy�la� sobie, �e pewnie kiedy� wystawi� mu tu pomnik, na tym pogorzelisku. Jaki dadz� napis? "Tu zgin�� Colin Sherrard, in�ynier astronik, po�wi�ciwszy �ycie dla Nauki". By�oby to o tyle zabawne, �e nigdy nie pojmowa� nawet po�owy z tego, co usi�owali dokona� uczeni.

   Jednak�e udziela�a mu si� niekiedy fascynacja towarzysz�ca ich odkryciom. Przypomnia� sobie, jak geolodzy pobrali kawa�ek asteroidu ze spieczonej skorupy i oszlifowali odkryt� metaliczn� powierzchni�. Pokrywa� j� zagadkowy dese� linii i rys, jak z abstrakcyjnych obraz�w postpicassowskich dekadent�w. Lecz te linie co� oznacza�y; pisa�y histori� Ikara, cho� odczyta� j� umia� jedynie geolog. Ujawnia�y one, jak zapewniano Sherrarda, �e ta bry�a z �elaza i kamienia nie zawsze samotnie szybowa�a w przestworzach. Kiedy�, w zamierzch�ej przesz�o�ci, znalaz�a si� pod dzia�aniem ogromnego ci�nienia co mog�o oznacza� tylko jedno. Miliardy lat temu stanowi�a cz�� o wiele wi�kszego cia�a, cho�by planety takiej jak Ziemia. Z niewiadomej przyczyny planeta wybuch�a, a Ikar i tysi�ce innych asteroid�w to szcz�tki tej kosmicznej eksplozji.

   Nawet w tej chwili, gdy roz�arzona linia s�onecznego �wiat�a podchodzi�a coraz bli�ej, w�a�nie ta my�l zajmowa�a jego umys�. To, na czym Sherrard teraz le�a�, by�o rdzeniem jakiego� �wiata - �wiata, kt�ry by� mo�e zna� niegdy� �ycie. Wbrew rozs�dkowi otuchy dodawa� mu dziwaczny pomys�, �e mo�e nie b�dzie jedynym duchem nawiedzaj�cym Ikara po wsze czasy.

   He�m pokrywa� si� par�; oznacza�o to niechybnie, �e zaraz wysi�dzie uk�ad ch�odzenia. Spisa� si� zreszt� znakomicie; nawet teraz, gdy kamienie oddalone zaledwie o kilka jard�w jarzy�y si� zapewne bezlitosn� czerwieni�, upa� w kapsule nie by� jeszcze niezno�ny. Niech tylko przestanie dzia�a�, a skutek b�dzie natychmiastowy i katastrofalny.

   Po�o�y r�k� na czerwonej d�wigni, kt�ra wydrze S�o�cu ofiar� - ale zanim poci�gnie, spojrzy po raz ostatni na Ziemi�. Ostro�nie opu�ci� filtry przeciws�oneczne na tak� wysoko��, �eby chroni�y go przed o�lepiaj�cym blaskiem ska�, ale nie zas�ania�y widoku.

   Gwiazdy �wieci�y blado, przy�mione nacieraj�c� po�wiat� korony. Znad ska�y, kt�rej tarcza ju� wkr�tce przestanie go os�ania�, wyziera�a �agiew szkar�atnego p�omienia, zagi�ty paluch ognia, stercz�cy z kraw�dzi samego S�o�ca. Zosta�y mu tylko sekundy.

   Wida� by�o Ziemi�, wida� by�o Ksi�yc. �egna� si� z nimi na zawsze. �egna� si� te� z przyjaci�mi i najbli�szymi, kt�rych pozostawia� na obu. Gdy tak wpatrywa� si� w niebo, �wiat�o s�oneczne oblizywa�o ju� dno kapsu�y i Sherrard poczu� pierwszy dotyk ognia. Odruchem tyle� automatycznym, co daremnym, podkurczy� nogi, staraj�c si� uciec przed natarciem fali gor�ca.

   Co to? Ra��ce �wiat�o, niesko�czenie ja�niejsze od ka�dej z gwiazd, nagle rozb�ys�o w g�rze. Wiele mil ponad nim p�yn�o po niebie ogromne lustro, kt�re odbija�o tocz�ce si� powoli w przestrzeni �wiat�o s�oneczne. Przecie� to czysty absurd; ju� mia� halucynacje i najwy�szy czas si� wynosi�. Ca�y by� zlany potem, a za par� sekund kapsu�a mia�a zamieni� si� w piec.

   D�u�ej ju� nie wytrzyma� i poci�gn�� za D�wigni� Awaryjnego Wyj�cia ca�� resztk� si�, szykuj�c si� na sw�j koniec. Nic z tego. D�wignia si� nie ruszy�a. Szarpa� ni� z w�ciek�o�ci�, nim zorientowa� si�, �e jest beznadziejnie zablokowana. Nie mia� �atwego wyj�cia, �agodnej �mierci, szybkiej jak jeden wydech powietrza z p�uc. Dopiero wtedy, jak ju� w pe�ni u�wiadomi� sobie ca�y koszmar swego po�o�enia, straci� zimn� krew i zacz�� wy� jak zwierz� w potrzasku.

   Kiedy dotar� do niego s�aby, lecz wyra�ny g�os kapitana McClellana, by� pewien, �e znowu ma halucynacje. Ale ostatni przeb�ysk dyscypliny i opanowania kaza� mu si� uspokoi�; zacisn�� z�by i ws�uchiwa� si� w ten znajomy, stanowczy g�os.

   - Sherrard! Trzymaj si�, stary! Mamy tw�j namiar, ale ca�y czas krzycz!

   - Dobra! - wrzeszcza� - ale szybko, na lito�� bosk�. Pal� si�!

   Gdzie� w g��bi tego, co zosta�o jeszcze z racjonalnego umys�u, rozumia�, co si� sta�o. Nik�e widmo sygna�u wycieka�o kikutami po�amanych anten i ratownicy us�yszeli jego krzyki a on ich g�osy. Oznacza�o to, �e istotnie s� bardzo blisko, i to doda�o mu natychmiast si�.

   Przez zaparowany plastyk kopu�y stara� si� wypatrzy� jeszcze raz to niemo�liwe lustro w niebie. Zobaczy� je wreszcie - i zaraz zrozumia�, �e jego zmys�y da�y si� zwie�� myl�cym perspektywom kosmosu. Lustro nie by�o oddalone o wiele mil ani nie by�o takie ogromne. Mia� je niemal nad sam� g�ow�, a porusza�o si� bardzo szybko.

   Wci�� krzycza�, gdy lustro zr�wna�o si� z tarcz� wspinaj�cego si� S�o�ca i rzuci�o na niego b�ogos�awiony cie� niczym mro�ny wiatr z samego serca zimy, wiecznych �nieg�w i lod�w. Z bliska natychmiast rozpozna�, co ma nad g�ow�: by�a to zwyk�a os�ona przeciwpromienna z folii metalowej, z pewno�ci� pospiesznie zdarta z jednej ze stacji pomiarowych. Pod piecz� jej cienia szukali go przyjaciele.

   Kr��y�a nad nim dwuosobowa kapsu�a do ci�kich prac terenowych. Jedna para metalowych r�k utrzymywa�a os�on� odblaskow�, a druga si�ga�a po niego. Poprzez zamglon� kopu�� i otumaniaj�c� zmys�y fal� upa�u rozpozna� zatroskan� twarz kapitana McClellana, wpatrzon� w niego z drugiego kosmopodu.

   Tak oto wygl�daj� narodziny, bo przecie� urodzi� si� na nowo. By� zbyt wycie�czony, aby podzi�kowa� kolegom przyjdzie na to czas p�niej - ale unosz�c si� ponad gorej�cymi ska�ami szuka� wzrokiem, a� wreszcie znalaz�, jasn� gwiazd� Ziemi.

   - �yj� - szepta�. - Wracam do domu.

   Wr�ci, by radowa� si� nieprzebranym pi�knem �wiata, z kt�rym si� prawie zd��y� po�egna� na zawsze. Poza jednym wyj�tkiem.

   Nigdy wi�cej nie uraduje go lato.

przek�ad : Zbigniew Ka�ski

    powr�t